Strona główna
Zespół
KONCERTY
Galeria
Teksty
Płyty & Download

Relacje z koncertów:


Zamość 27.11.2008 "Broadway"

"Łomot" na BROADWAYU
27 listopada zamojski Klub Broadway po raz kolejny poczęstował swoich gości dawką dobrej muzyki na żywo. Fenomen muzyki "na żywo" zanikłby, gdyby nie tego typu kluby i oczywiście wykonawcy, którzy chętnie chcą dzielić się swoją twórczością grając koncerty. Jednym i drugim- chwała za to.

Pizza Łomot, bo właśnie ten zespół był gwiazdą wieczoru, znany jest raczej dla większości osób "siedzących" w lokalnej muzyce, a dla tych, którzy wiedzą troszkę mniej, przytoczę kilka informacji na jego temat. Zespół powstał w 1996 roku. W obecnym składzie gra od od dwóch lat.

Formacje tworzą: Marek Gradziuk - wokalista, basista, kompozytor i autor tekstów, Paweł Ziarkiewicz - perkusista, kompozytor oraz Marcin Maciejko - gitarzysta, wokalista, kompozytor. Muzykę jaka wykonują można "zaszufladkować" gdzieś pomiędzy hard rockiem i rock'n'rollem, miejscami nawet bluesem czy country. Z drugiej strony, sposób śpiewania wokalisty, skłaniałby mnie do uznania, iż jest to swego rodzaju polski punk rock. Jednakże są to tylko moje dywagacje, a profesjonalną ocenę nurtu muzycznego, który prezentuje Pizza Łomot zostawmy profesjonalistom. Więcej informacji o historii zespołu można znaleźć na oficjalnej stronie zespołu (www.pizzalomot.com).

A teraz powróćmy na moment do wydarzenia z 27 listopada br.

Do klubu przyszedłem nieco przed godziną 20.00, gdyż o tej porze oczekiwany był początek koncertu. Sala była już niemalże w całości zapełniona. Znalazłem swoje miejsce w kąciku (dość ciasnym i przy głośniku), lecz po niedługim czasie udało mi się przesiąść w miejsce, z którego miałem świetną widoczność. Panowie z zespołu już byli rozstawieni, co mile mnie zaskoczyło. Nie musieliśmy więc czekać na długie rozstawianie sprzętu i dostrajanie. Zamawiam piwo, widzę, że ludzi wciąż napływa. Jak się okazuje, są to w dużej części znajomi zespołu, znajomi znajomych itd. Atmosfera robi się... rodzinna.

Godzina 20:15 zaczyna się. Już na samym wstępie panowie zagrali bardzo mocno i żywo, i z tego tonu nie spuszczali do końca koncertu.

Publika niemalże owacyjnie reagowała, gdy słyszała stare kawałki- "Jacek drwal", "Piłka" czy cover "Au sza la la la" zespołu Shakin' Dudi. Teksty i tematyka niezbyt wyrafinowana, ale nie zapominajmy, że to jest ROCK, a tutaj ma być przede wszystkim energia i życie. Słowa traktowały o życiu, pokazanym w nieco humorystyczny sposób. W końcu to nie poezja.

Muzycy zagrali na dobrym poziomie, często popisując się solowymi partiami- Marcin Maciejko na gitarze. Duży popis zawodowstwa pokazał Paweł Ziarkiewicz na perkusji. Aż miło posłuchać "bębniarza" tej klasy.

Muzyka ciekawie przeplatana typowymi riffami rockowymi z rock'n'rollem, a w jednym utworze z typowym country. Było to głównie słychać w tak zwanych "mostach" między zwrotkami. Gdybym chciał spojrzeć krytycznie na zespół i wykonanie, to mógłbym się jedynie zastanawiać nad jakością brzmieniową całości i walorami wokalnymi Marka, ale uważam, że jest to kwestią gustu.

Patrząc jednak z drugiej strony, to tego rodzaju wokal jest chyba pożądany w takim rodzaju muzyki. Ogromnym plusem Pizzy jest energia, ekspresja i bardzo dobry kontakt z publicznością, tudzież poprzez komentarze miedzy utworami jak i zaskakującymi improwizacjami w trakcie utworów. Widać, że muzycy świetnie się bawią podczas grania i cieszą się tym co robią (np. Paweł kręcący pałką w prawym ręku podczas przejścia na "kotłach").

Śmiało mogę stwierdzić, że zamościanie czekają na kolejne tego typu mini koncerty i należy podziękować właścicielom Broadwayu, że angażuje się w taką działalność. Jeśli wytrwają w swoim postanowieniu, to zapewne za jakiś czas będziemy mogli usłyszeć nowe utwory PIZZY ŁOMOT. Czego sobie, czytelnikom i bywalcom lokalu życzę.

autor/źródło:

Kacper

http://www.zamosconline.pl/


Wadowice 14.09.07 "Wehikuł Czasu"

Czternasty dzień września, chłodny piątek, roku pańskiego 2007, dzień jak co dzień, zdawałoby się, nudny, powolny i ospały... Taki zapewne by pozostał dla pewnej garstki mieszkańców mieściny zwanej Wadowicami gdyby nie wizyta pewnych panów z odległego Zamościa, gdyby nie przyjazd zespołu o nazwie (co tu dużo mówić, lekko zabawnej) Pizza Łomot.

Przyjechali po 17-ej, starym, wysłużonym Oplem Omegą, w dobrych humorach i trzeźwi. Swe raźne kroki skierowali ku mecce długowłosej młodzieży papieskiego grodu, a mianowicie do klubu Wehikuł Czasu, onegdaj zwącym się dźwięcznie "Retro". To tamże właśnie zbiera się bohema tegoż miasta i okolic, to tam właśnie wszyscy outsiderzy mają swoją cichą przystań, w której dyskutować mogą o życiu, i w skrajnych przypadkach, o braku jego sensu... Z pomocą chłopa jak dąb, będącego właścicielem klubu, wyszli po chwili z egipskich mroków pubu aby z doczepionej do samochodu filigranowej przyczepki przynieść swój ciężki sprzęt. Kiedy już wszystko było gotowe, i kiedy wybiła godzina dwudziesta, zespół rozpoczął koncert!

Ludzi w pubie było sporo, jako iż piwo... było za darmo! Tak, tak, za darmochę! Urodziny jakieś były, nie wiem czy właściciela czy pubu (albo nie pytałem, albo zapomniałem;), ale szczęśliwcy mogli wychlać i po cztery kufle na koszt firmy.

"Rock & Roll", "Błazny" i "Jacek Drwal!" te utwory poszły na początek. Ludzie jeszcze się nie bawili, co jest zresztą typowe. "Zabierz mnie do siebie", "Wróżki" - nooo, już patrząc na słuchaczy można było ujrzeć tupiące o podłogę nogi i kiwające się rytmicznie głowy. Zespół napełnił klub niesamowitą energią jaka wylewała się z głośników. W miarę jak czas płynął i litry wody przetaczały się przez koryto leżącego gdzieś tam daleko, daleko Styksu, robiło się coraz goręcej, w przeciwieństwie do górskiego chłodu jaki swymi mackami zaczął oplatać zewnętrzne ściany WC (Wehikułu Czasu). "Ściema", po niej "Ring" - widać jakiś okoliczny redaktor dostał cynk o koncercie gdyż postacie zespołu raz po raz oświetlała lampa błyskowa, a jakiś enigmatycznie wyglądający człowiek z aparatem przeciskał się jak węgorz między ludźmi, którzy ruszyli zady z krzeseł i stali na wprost zespołu. "Obłęd" i "Armata" - proszę, proszę, pierwsi ludzie zaczynają skakać! Taka sceptyczność i pozorny lód ścinający mięśnie miejscowych zaczęły topnieć kiedy tylko przekonali się oni, iż zespół istotnie potrafi skopać tyłki, a gra na instrumentach w jego wykonaniu nie jest tylko brutalnym i obleśnym gwałtem czy aktem przemocy, ale wręcz aktem miłości i sztuki!

Nie popadając jednak w jakąś wielką egzaltację i nie chcąc przypadkiem zarzucić jakimś pustym sofizmatem (tudzież nie chcąc wyjść na kabotyna), wręcz kolokwialnie napiszę, iż zespół dawał czadu, który zaiste udzielił się również publice. Ale cóż słyszą moje uszy? Coś co śpiewał kiedyś niepowtarzalny Angus Young, którego mundurek zapewne zauroczył twórców mody szkolnej na całym świecie. Ano tak, tak! Pierwszy rock'n rollowy cover! Ludzi przed sceną coraz więcej, jak na ten niewielki pub nawet dużo. W styczniu 2007 kiedy zespół grał w WC, w pubie było może 12 osób - owej wrześniowej było około 50. Z zespołem bawiła się 1/4 ludzi, co wcale nie oznacza, iż reszta skupiała się tylko na swych kuflach wypełnionych boskim napojem. Wielu siedziało sztywno jak sklepowe manekiny, jakby nogi odmawiały im posłuszeństwa, jednak oczy lustrowały uważnie fizjonomię zespołu i to co dzieje się na (umownej) scenie. "Piłka", "Anioł" - przez ludzi wariujących do muzyki Pizzy nie można się już było przecisnąć do lóż znajdujących się w sąsiedniej sali.

Mała przerwa, zespół uzupełnia płyny, które sączyły się metodycznie przez gruczoły potowe by wsiąkać niechybnie w koszulki i gatki chłopaków. Z głośników leci Rammstein, "Du, du hast, du hast mich", cichutko, nie przeszkadzając nikomu. Zespół powraca, odświeżony, gdzieniegdzie na wargach pobłyskuje kropelka napoju otrzymywanego z chmielu i krystalicznej górskiej wody. Ale cóż za niespodzianka! Przed mikrofonem staje ktoś z publiki! Ciuch jego czarny podkreślał bezlitośnie leptosomatyczną posturę, kufel kiwał się w łapie jak stara łajba w zapomnianym przez czas porcie, cyniczny uśmiech pokazał się spod wąsa, a nad długą kozią bródką błysnęły blado beżowe zęby: "Piwo jest tu!" - zaczął amatorskim growlem przypominającym charkot zarzynanej świni. Zespół śmiejąc się w kułak jakoś jeszcze przygrywał - "Podnieśmy ręce, wielbiąc jego markę, piwo jest tu!". Publika gwiżdże i klaszcze, jakby to Smoleń powiedział - jaja jak berety! Po minucie wielbiciel piwa ukłonił się szarmancko, śmiejąc się jak wszyscy wokół, po czym pozwolił zespołowi grać dalej. "Po Omacku", "Sztuczna Szczęka!" - nie wszyscy, którzy bawili się wcześniej, wrócili "pohopkać". Powoli jednak, w miarę jak Pizza Łomot grała dalej (jakiś utwór nieodparcie kojarzący się z kawałkiem zespołu Lemmiego-Wielkiej-Kurzaji i po nim kawałek "Nie dane") ludziska znowu zaczęli się bawić.

- "Dziękować!" - rzekł wokalista.
- "Nie dziękować, k...a, tylko grać!" - krzyknął ktoś z publiki, najwidoczniej urzeczony robotą Pizzaboyów!
- "Gramy, gramy" - zadowolony i niepomny kiepskiej retoryki świeżo pozyskanego przez zespół fana, odparł muzyk.

Zagrano "Za kołnierz" i "Szczeniak", nagradzane oklaskami i gwizdami nie mającymi bynajmniej negatywnego wydźwięku. Na koniec usłyszeć można było "Pić całą noc", "Azjatycki", oraz coś z repertuaru zespołu Morrisona. Publiczność chciała jeszcze, ale zespół był już wyczerpany, a i musiał oszczędzać siły na podróż do Tychów, która miała się odbyć dnia następnego.

Jakbym podsumował koncert? Bardzo dobry. Chociaż sam nie jestem fanem grania oscylującego elastycznie wokół punka, rock'n rolla i metalu jednocześnie, muszę przyznać, że pobawić się przy tym można bardzo dobrze. A i ból mi świadkiem, że mówię (wyrażając się nieco tautologicznie) najprawdziwszą prawdę. Ból, który nękał mą szyję i kark przez kilka kolejnych dni, może zaświadczyć, że ja i paręnaście innych skaczących osób oraz kilkadziesiąt tylko słuchających występu ludzi, dzięki Pizzy Łomot udanie spędziło tę chłodną i tchnącą trupim zimnem wrześniową noc. Niechaj bogowie chłopakom błogosławią!

autor/źródło:

Relację dla serwisu Metal.pl przygotował - Artur Dubis


Kraków 10.03.2007 "Awaria"

Kiedy w 2001 roku Grabarz śpiewał w „Nienawidzę twojej generacji” słowa „rock’n’roll umarł, rock jest martwy stary” nawet nie przypuszczał jak bardzo się myli. I nie tylko on. Gdy już zacząłem myśleć, że ostrzejsze rockowe granie w polskim wykonaniu odeszło w mroki historii wraz z końcem KNŻ-tu, czy TSA. Okazało się, że w podziemiach krakowskich klubów nadal radzi sobie całkiem nieźle.

W ten weekend dostałem dwie propozycje odwiedzenia miejsc, w których odbywaly się imprezy metalowe, lub hard rockowe. Niestety obie były w tym samym czasie, a w różnych miejscach i z ciężkim sercem z jednej musiałem zrezygnować. Padło na klub „Imbir” i koncerty kapel ADHD, 20 TIMES i HEDACHE. I ponoć mam czego żałować… Szkoda, że nie można się rozdwoić… Wybrałem się za to na koncert Pizzy Łomot w klubie „Awaria”, zachęcony tym co usłyszałem na ich dwóch dotychczas wydanych płytach (trzecia została zarejestrowana, jednak nie doczekała się wydania). I się nie zawiodłem.

Historia tej kapeli przypomina mi nieco to co działo w czasach, gdy pierwsze kroki stawiał polski punk rock. Skład, jak i miejsca prób Pizzy zmieniały się w ciągu 11 lat istnienia tak często, że już mało kto pamięta właściwą kolejność wydarzeń. Grali wszędzie, gdzie było to możliwe, począwszy od małych klubów, przez MDK-i, aż po suportowanie Acid Drinkers. Teraz jeżdżą w trasy po całej Polsce i nie tylko. Co nie dziwi, bo są naprawdę ciekawą kapelą. W ich muzyce słychać wpływy starego punka w stylu Big Cyca, metalowych zagrywek jakimi kiedyś zachwycał Litza w „Kwasożlopach”, czy KNŻ-cie. Gdzieś w wokalu przemyka stylistyka Illusion, a momentami Kazika ( jak w „Metalu z machajca” ). Jest to kapela czerpiąca z najlepszych wzorców i to czerpiąca to co najlepsze. A co ważniejsze potrafiąca to wykorzystać i brzmieć charakterystycznie.

Wracając do koncertu. O godzinie 21 dnia 10 marca 2007 roku zatrzęsły się w posadach budynki przy ulicy Mikołajskiej. Ściana dźwięku jaka uderzyła w moje uszy ( i nie tylko, bo sala była pełna) mogłaby zburzyć mury Jerycha skuteczniej niż biblijne trąby. Punk-metalowy łomot jaki zaaplikował nam Paweł Ziarkiewicz na perkusji upewnił mnie, że znalazłem się we właściwym miejscu. A był to dopiero początek miłych niespodzianek. W pierwszym secie zagrali to co mają najlepszego do zaoferowania. „Jacek drwal”, w porównaniu z nagraniem studyjnym, ma w wersji koncertowej więcej mocy i dynamiki, a to dzięki basowym pochodom Marka Gradziuka i ostrym riffom Marcina Maciejko. I tak miało być do końca. Każdy kolejny kawałek powodował drżenia podłogi i obsypywanie tynku z sufitu. Zwłaszcza, gdy bas zaczynał dudnić, a w perkusji rządziła podwójna stopa, jak w „Ściemie”, czy „Wróżkach”. Koncert skończył się stosunkowo wcześnie, ale chyba każdy, kto na nim był, wychodził w pełni usatysfakcjonowany.

Słuchając kapel takich, jak Pizza Łomot zastanawiam się jakim cudem muzycy posiadający duże umiejętności i wiedzę muzyczną przegrywają z popeliną jaką prezentuje się dziś w mediach (chwała radiowej trójce za muzykę jaką można usłyszeć na ich antenie ostatnio). To trio ma więcej do zaoferowania niż większość „tego czegoś” co startuje w eliminacjach Eurowizji ( nie ubliżając Lordi ), czy pokazujących się kiedyś w (na szczęście świętej pamięci ) Muzycznej Jedynce. Brakuje miejsc, czy programów promujących ambitną i ciekawą muzykę ( jak kiedyś Clipol na TVP2 ). Warto o tym pomyśleć panowie dyrektorzy programowi. Chyba, że chcecie promować bezguście i kolejne produkty „różowej rewolucji”. Czy zachęcam tym do posłuchania „Pizzy”? Ależ oczywiście! Oni są nadzieją na reaktywacje czegoś co ja nazywam punk-metalem, a co pomału umiera wraz z końcem KNŻ-tu, czy powolną śmiercią „Acidos”. Warto ich posłuchać.

autor/źródło:

Sławek Zagórski - 12.03.07, 20:30

http://mediafm.net/



 


Prasa
Kontakt
PIZZASPACE
Ksiega gosci
Linki
Info i foto dla prasy